Czas na zmiany... cd. 2009-09-07 19:35:00

Z  Londynu więcej telefonów nie było, chyba się wystraszyli kwotą jaką zaśpiewałem.
Po miesiącu od tej drugiej rozmowy, kiedy już zapomniałem że taka oferta była dzwoni telefon. 

- Witam Pana, miesiąc temu był Pan u nas na rozmowie, długo nie odzywaliśmy się bo nam sie przedłużył proces, ale dzwonię do Pana zapytać, czy jest pan zainteresowany jeszcze naszą ofertą?
-yyyyy, Witam, yyyyyy, tak, tak, jestem zainteresowany, myślałem, że zostałem pominięty w następnym etapie dlatego nie odzywaliście się Państwo...
- nie, nie absolutnie nie, zapraszamy na następny etap, testy i zadania do rozwiązania, to co? W poniedziałek rano 8, lub 9 może być?
-yyyy, tak, chyba może.... moment musze sprawdzić, ok, tak, może być.
- ok, to jesteśmy umówieni, zapraszam. 

Takim to oto sposobem znalazłem sie dziś w owej firmie, jak się okazało na kolejnym praniu mózgu...
Przy stoliku czekał na mnie laptop z zestawem dziwnych, czasem nudnych, łatwych i  trudnych pytań, tylko 320...
Dużo?? Też mi się tak wydawało. Miła Pani powiedziała, że mam na to około 2h. Ku mojemu zdziwieniu zajęło mi to tylko 1h i 15 min. Czułem się jak na jakimś przesłuchaniu, tyle że przed komputerem, zarazem jak testy Mensy i  klasówka z matematyki i w jednym.
Po czymś takim powstaje generowany z programu Profil osobowościowy, który liczy 5 stron.
Niczego nowego o sobie się nie dowiedziałem, większość ku mojemu zdziwieniu się zgadza.
No proszę, nie myślałem, że z pytań w stylu: Co wolisz bardziej? Naprawiać samochód czy szkolić pracownika z nowych procedur? lub: Co preferujesz? Granie na skrzypcach lub innym instrumencie czy rozwiązywanie zadań matematycznych?  da się wygenerować cos takiego…
Tak więc, mam znowu czekać na kolejny telefon i kolejną rozmowę…
ehhh, te korporacje…. 
...a ja nadal nie boje się zmiany pracy…

skomentuj (6)

Reaktywacja. Czas na zmiany?? 2009-08-03 22:31:36

Po pierwsze, tak ,żyję, nie było mnie tu prawie rok i z pewnością już wszyscy zapomnieli, że istnieje ktoś taki jak pigularz.

Po drugie, przyznaję się, że nie chciało mi się pisać, może dlatego że z natury nie jestem zbyt wylewny, a może zbyt leniwy?

No dobra, ale czas przejść do tematu czyli zmiany…

Nie, nie, nie uczuciowe, bo tu wszystko w najlepszym porządku J, a że jak pewnie wiecie (przynajmniej Ci którzy zaglądają do mojego Du ) zostałem na ponad tydzień słomianym wdowcem, zmobilizowałem się żeby zajrzeć tutaj.

Ostatni tydzień miło połechtał mnie. Dlaczego? Dlatego, że w ciągu jednego tygodnia dostałem trzy oferty pracy. Nie żebym szukał, zgłosiło się do mnie trzech headhunterów prowadzących rekrutacje. Do jednej rekrutację prowadzi agencja z Londynu. I jak tu nie poczuć się miło? Że niby firmy się o mnie biją? Przecież nie wywiesiłem ogłoszenia: Jestem najlepszy! Chcę zmienić pracę! Jestem na sprzedaż! Aż trudno uwierzyć.
Co prawda atmosfera w pracy robi się coraz gęstsza i myślałem żeby zacząć się rozglądać za czymś nowym, ale nic w tym kierunku nie zrobiłem.

Ostatnia oferta, hmmm,  nieeee,  od razu odpada, do Norwegii nie pojadę pracować w aptece, nawet jako Manager/Kierownik Apteki bo chyba z nudów bym się własną pięścią zabił gdzieś pośród cudownych fiordów, albo wpadł w depresję podczas nocy polarnych. Świecenie żarówka po oczach w ramach terapii jakoś mnie nie pociąga. Chociaż pensja niczego sobie…. Trochę mimo wszystko kusi J

Pierwsza z drugą oferty niczego sobie, całkiem ciekawe, zakres obowiązków ten sam,  robotę znam jak własną kieszeń. Firmy duże, prestiżowe, międzynarodowe korporacje, z tym, że jedna produkuje leki oryginalne, a druga to tylko generyki, za to produkuje ich najwięcej na świecie. Tak więc postanowiłem odpowiedzieć na oferty. Wysłałem CV. Odzew był natychmiastowy.

Już był telefon z Londynu, czekam na szczegóły, a jutro idę na rozmowę w sprawie drugiej.

Podobno zmiana pracy to największa trauma psychiczna dla człowieka.

Ja się jakoś nie boję.

skomentuj (9)

Kuchnia koreańska cz.2 2008-08-06 22:50:18

Pogłębiając swoją wiedzę na temat kuchni koreańskiej trafiłem na zupkę, która była naszym pierwszym spotkaniem z tą kuchnią. Dostaliśmy ją w samolocie do Seulu. Pierwsze wrażenie: ooo! pachnie niemal jak woda z Zatoki Puckiej!!! No cóż, widocznie koreańczycy to lubią, ale właściwie co to i z czego się to robi?
Zupka ta nazywa się Miyeok Guk, czyli po koreańsku 미역국 i jest niczym innym jak zupą z wodorostów. Wodorosty te w Korei nazywają się Miyeok, a w Japonii Wakame i pod taka nazwą można je kupić w Polsce.
Nie jest to taka zwykła zupa, ponieważ w Korei nazywana jest zupą urodzinową.
Oczywiście nie jedzą jej wyłącznie w dniu urodzin, bo nie o to chodzi.
Kiedyś gotowano ją młodym matkom ponieważ pomagała oczyścić żyły i pobudzała wydzielanie mleka, zawierała dużo jodu, zmniejszała opuchliznę i dostarczała wapń do budowy kości dla dziecka, które karmiła. 
Proste i bardzo symboliczne.
Tak wygląda Miyeok Guk ugotowana przeze mnie:



Mówię Wam, pachnie pięknie i jeszcze lepiej smakuje. :)

skomentuj (14)

Księga Gości
Porady farmaceutyczne
farmaceuta@onet.eu

Moja pigułka szczęścia
dusiciel miłość mojego życia

Pigułki i inne tabletki
baran może kiedyś będzie znieczulająca

statystyka